Profil voice of reason


Ewa 61536242 guwno nie życie
2016-10-16 16:03, 09.11.2017

Wpisy


Wkurwiła mnie przed chwilą sytuacja, z którą do czynienia miałam już nie pierwszy raz. Już od kilku dni planowałam wybrać się do księgarni, żeby skompletować wreszcie pomoce naukowe i mieć to z głowy, chciałam się też z nich pouczyć wreszcie. Zazwyczaj nie korzystam z tytułowego sposobu płatności, wolę gotówkę, bo zawsze mam ogląd na wszystko, nie trzeba się pieprzyć z żadnymi formalnościami i nie ma też możliwości, żeby, już przy kasie, cokolwiek nawaliło. Z każdym jednak użyciem przeze mnie tego diabolicznego "cudu techniki" zrażam się do tego typu "uproszczeń" i dużo czasu musi minąć, żebym znowu dała temu szansę.

Wracając. Nie pamiętałam dokładnie PINu, więc specjalnie weszłam sobie (wczoraj czy przedwczoraj, późnym wieczorem) na stronę banku i zmieniłam, ujebało mi 2 złote z konta za to, ale to szczegół. Nawet sobie zapisałam, żeby znowu nie zapomnieć. Karta w stanie perfekcyjnym, bo leżała cały czas w portfelu, uszkodzeń manualnych brak. Dzisiaj byłam dobrej myśli (ale pech chciał, że nie zabrałam awaryjnej gotówki), wzięłam stos książek - koszt lekko ponad 200 złotych (środki mam na koncie, więc niby chill). Podeszłam do kasy, podałam kartę, wklepałam poprawny PIN i... chujnia. Karta odrzucona, hasło nieprawidłowe. Wpisywałam jeszcze kilka razy, także inne kompilacje potem... nic. Próbowałam na szybko, przez komórkę, zmienić PIN (już kiedyś tak zrobiłam przy okazji zakupów w spożywczym, gdzie też się prawie że posrałam), problem jednak w tym, że pojebana wersja mobilna strony mojego banku jest taka, że nie da się tam nic znaleźć, a już na pewno nie opcji zmiany PINu... wersja komputerowa zaś na telefonie za chuja nie podziała. Stałam tam jak głupia, przeszukując nerwowo internet i stresując się, że blokuję kolejkę. I gówno z tego wyszło, w końcu, wkurwiona, ze wstydem przenikającym całe moje ciało, opuściłam sklep, nie prosząc o zatrzymanie książek w kasie. Blisko nie miałam żadnego porządnego bankomatu, nie miałam też już siły na szukanie oddziału banku (chociaż podobno blisko był) i tłumaczenie się przy okienku z wszystkiego; całą noc nie spałam, więc też humor mi się popsuł doszczętnie. Teraz będę musiała zamówić książki przez internet, a to kolejne kilka dni w plecy, z racji tego, że w dniach jutro-niedziela mam wycieczkę klasową (no zajebisty termin dla II klasy liceum) i nie będzie mnie w mieście ani się, kurwa, nie pouczę.

Po prostu tak mnie to wkurwia, że szok.
Wkurwia 11 ludzi
NoSystem 04:11, 16.09.2017
Hahaha. Macie te swoje UPROSZCZENIA.
Wkurwia mnie mój ojciec, który zawalił mnie robotą - dał mi do zredagowania ponad dwustustronicową książkę i tydzień (czyli do jutra) czasu na zrobienie tego. Jako, że zaczął się rok szkolny, a jestem w II klasie liceum i mam serio więcej pracy niż dotychczas (np. babka od polskiego już w pierwszym tygodniu zrobiła nam test z całego poprzedniego roku), bo chcę się w końcu zacząć porządnie uczyć (np. wreszcie przykładać się do matmy), do tego chciałabym się też jednak wysypiać (mamy zjebany plan - w 4 z 5 dni zaczynamy o 7:30, więc wstaję po 5), to jedyny czas, kiedy mogę nad tą korektą ślęczeć, przypada mi w weekend. Jestem wkurwiona, bo siedzę nad tym i siedzę, a mam wrażenie, że się w ogóle nie ruszam (serio, obecnie jestem na 36 stronie), do tego od trzech dni mam nawrót choroby, co mnie dodatkowo wyczerpuje i nie mogę normalnie odpocząć ani się totalnie skupić. Mam wchuj do zrobienia i chyba dzisiaj nie będę spać, czuję się jak zamknięta w takiej ciasnej klatce i nie wiem, w którą stronę się ruszyć, przez co panikuję. Muszę też dzisiaj oczywiście iść do kościółka, czyli wyjść z domu - kolejne 2 godziny stracone... mam wrażenie, że ojciec się wkurwi motzno, jak zawalę termin (chociaż sam mi mówi, żebym nie zaniedbywała szkoły X-D)... jestem porażką

Ale co mnie najbardziej w tym wszystkim wkurwia, to to, że mnie ojczulek zasypuje robotą, a sam zbyt wiele nie robi, w sensie... ja rozumiem, że każdemu należy się odpoczynek, ba - sama o nim marzę, ale co chwila widzę ojca w salonie/kuchni, jak ogląda jakieś seriale, wiadomości czy filmy, w ciągu dnia sobie śpi rozwalony na kanapie, przegląda co chwilę Twittera/Facebooka, przesiaduje z moją matką na pogawędkach, przy kawie i ciastkach...
Wiem, przemawia przeze mnie lekka zawiść w tym momencie, ale totalnie tego nie pojmuję... i jeszcze podejrzewam, że on by się ostro wkurwił na mnie teraz, gdyby zobaczył, co robię i w którym momencie tej pracy jestem. Następnym razem, jeśli w roku szkolnym skieruje mnie do jakiegoś zadania, to kategorycznie odmówię.
Wkurwia 9 ludzi
Rayuji 16:57, 10.09.2017
Nie pisałaś czasami wcześniej, że twoi starzy są turbo religijni?

Nooo, to nie chciałbym pochopnie oceniać, ale twój ojciec wygląda na typowego katola, który dzieci traktuje jak darmową służbę. Pójdziesz na studia czy gdzieś tam, to w miarę możliwości się usamodzielniaj i ogranicz z nimi kontakty do niezbędnego minimum,a później jak trzeba będzie, to kontakty z ewentualnymi wnukami też ograniczaj.
#11166 - Wieczorny pacierz dodał: voice of reason 22:16, 07.09.2017
Od dłuższego czasu wkurwia mnie niezmiernie taki zwyczaj mojej najbliższej rodzinki, a mianowicie cowieczorna wspólna modlitwa. Nie mogę już tego znieść, denerwuje mnie to w wielu aspektach. Już dawno chciałam nakreślić tę sprawę na tej stronie, ale jakoś nie mogłam się zebrać. Teraz, od paru miesięcy już, to się we mnie tak kumuluje, że już nie wytrzymuję. Mam dość.

Na wstępie muszę zaznaczyć cały kontekst tego obrządku oraz główny powód wiązanego z nim mojego wkurwu. Pochodzę z tradycyjnie katolickiej, polskiej rodziny, rodzice od zawsze wpajali mi chrześcijańskie wartości i wychowywali w wierze. Podobało mi się to, nigdy nie miałam z tym problemu... jednak od pewnych wydarzeń i ogólnie przez to, jak potoczyło się moje życie, zdaję sobie sprawę, że choć próbuję, staram się wierzyć, to jednak coraz gorzej mi to wychodzi. Z chęcią uczęszczam na katechezę w szkole, bywam także na mszach niedzielnych (choć ostatnio w zasadzie chodzę w kratkę), czytam o różnych sprawach związanych z wierzeniami... gdyż po prostu interesuje mnie to pod względem naukowo-teoretycznym, lubię analizować to pod kątem socjologicznym, psychologicznym, w kontekście kulturowym, zagłębiać się w przeróżne rozważania teologiczne, teorie, dyskusje, cokolwiek... przykłady można mnożyć, taka teologia i religioznawstwo, w dużym skrócie. Naprawdę mnie to fascynuje, jednak z praktyczną wiarą ma niewiele wspólnego, a z każdą kolejną próbą nawrócenia się, ta sprawa coraz bardziej kuleje. Wciąż poszukuję swojego wyznania, próbuję się określić, ale jak na razie mi się to nie udaje... podoba mi się dużo teorii, jednak w żadną nie potrafię "uwierzyć", bo zaraz dokopuję się do kolejnej, z którą również się zgadzam i mnie zaciekawia, i koło się toczy... Nigdy też nie miałam tak, że wiara mi była do życia koniecznie potrzebna, nie stanowiła ona sensu mojego istnienia jako świadomej jednostki (niektórzy stwierdziliby, że to herezja i występek przeciwko ludzkiej moralności).
Rodzice nic o moich wątpliwościach i szukaniu własnej drogi nie wiedzą (a przynajmniej ja im nic nie mówiłam, nie wiem, może się czegoś domyślają), bo nie potrzebuję dzielić się z nikim - a szczególnie z bliskimi - swoimi przeżyciami duchowymi i rozmyślaniami, a poza tym, gdybym się zdradziła, to matka najprawdopodobniej zbyłaby mnie milczeniem lub ew. urządziła półgodzinną pogadankę o tym, jaka to ja nie jestem, a ojciec... oj, ojciec zjechałby mnie tym swoim radośnie ironicznym komentarzem, pełnym przeświadczenia o własnej wyższości nad nie-katolikami, bo on to taki uczony tradycjonalista, a każdy, kto w Boga nie wierzy (lub jakkolwiek inaczej odbiega od wizji idealnego, w jego mniemaniu, świata), jest debilem, rasowym idiotą i szukającym poklasku wśród sobie podobnych gimboateistą, miernotą pozbawioną aspiracji i realniejszych perspektyw na życie.

Wracając.

Wieczorny pacierz w gronie rodzinnym to taka nasza domowa "tradycja", od czasów, gdy byłam dzieckiem. Zbieramy się wszyscy (rodzice, brat, siostra i ja) w jednym z pokoi i klepiemy trzy podstawowe formułki: Ojcze Nasz, Zdrowaś Mario, Aniele Boży (czasem dochodzi jakaś inna, np. Pod Twoją obronę czy Wieczne Odpoczywanie, co też mnie wkurwia, bo czuję dezorientację i jest mi głupio, jak tak ojciec nagle z zaskoczenia z takim czymś wyskoczy), po czym mówimy sobie "[do]branoc" i rozchodzimy się, każdy do swoich spraw. Niby z pozoru przyjemna, miła i podbudowująca wartości rodzinne (co podobno w dzisiejszych czasach jest bardzo potrzebną i pożądaną rzadkością) sprawa, szczególnie, że modlitwę poprzedza ojcowskie czytanie dzieciom do poduszki oraz pogawędka w zaufanym, kochającym gronie... czy aby na pewno?

Żeby już nie rozpisywać się tak przesadnie (ha, na pewno), pozwolę sobie wypunktować - niekiedy rozwijając wypowiedź - mój punkt widzenia. Muszę to w końcu z siebie wyrzucić.

1. PORA.

Od zawsze irytował mnie ten (chyba najbardziej prozaiczny) czynnik. W dzieciństwie ojciec najpierw czytał nam do poduszki, a potem - kiedy jużeśmy byli wygrzani pod kołdrą, przygotowani do zaśnięcia, komfortowo ułożeni - zarządzał modlitwę, czyli kazał nam się wygrzebywać z łóżek, żeby przez minutę odmawiać jakieś z pamięci formułki. Niby banał, ale jednak tak denerwuje. Teraz czyta jedynie mojemu młodszemu bratu i jest tak samo, jak było ze mną i siostrą... na jego przykładzie widzę, jak nieprzyjemnie jest musieć się wyrywać ze stanu błogiego ukojenia i otrząsać z senności, żeby dla zasady się pomodlić.

2. FORMA, PRZEBIEG OBRZĄDKU.

To jest jakiś żart, nie uroczysta modlitwa (bo chyba to mają chrześcijanie na celu, skupienie się na rozmowie z Bogiem?). W praktyce wygląda to tak, że, zamiast porządnie klęczeć, każdy siada, jak mu wygodnie. Odklepują wyuczone na pamięć formułki, co chwila przerywając to ziewaniem, kasłaniem, jakimiś śmieszkami-heheszkami (często jest tak, że, tuż przed modlitwą, między np. matką i siostrą wywiąże się jakaś zabawna pogawędka, zaśmiewają się w głos, a potem, gdy już rozpoczyna się pacierz, nie potrafią się opanować i co parę słów parskają śmiechem, co skutkuje wrażeniem, że tak naprawdę wcale nie przykładają wagi do wypowiadanych formułek i myślą o czymś zupełnie innym), kręcą się na swoim miejscu... uwaga ich pod wieczór jest rozproszona.

3. POSTAWA I NASTAWIENIE RODZINY DO TEGO ZWYCZAJU.

Ja osobiście uważam, że modlitwa powinna być indywidualną rozmową "w cztery oczy" z Bogiem, polegać na zwierzaniu się mu z tego, co ci leży na sercu i na pytaniu o radę. Zawierać wyznanie i wyrzeczenie się swoich grzechów, proszenie o siłę życiową, o pomoc, dziękowanie za to, co się przytrafiło etc... a nie bezładne odmawianie tekstów z katechizmu jak wierszyków. Oczywiście każdy modli się jak chce i jak mu odpowiada, jednak taki jest mój punkt widzenia. I jak próbuję się wywinąć ze wspólnego wieczorku poetyckiego, argumentując to tym, że wolę pomodlić się sama (co zresztą w takich chwilach nierzadko robię), to spotykam się z niezrozumieniem i wyśmianiem, w efekcie zostając niejako przymuszona do uczestniczenia w tych zbiorowych modłach. W dodatku śmieszy mnie ta taka postawa, ocenianie drugiej osoby na podstawie sposobu, w jaki się modli. Często w czasie odmawiania tego pacierza, ojciec, przez cały czas mówiący na głos, nagle przerywa w pół słowa, jakby chciał wybadać, czy na pewno wszyscy modlą się głośno i wyraźnie, po czym włącza się z powrotem. Ja, już nawet nie pamiętam kiedy, zrezygnowałam z odmawiania formułek na głos - po prostu klękam gdzieś z boczku, poza obszarem wzroku rodziny, i mówię coś do siebie w myślach (najczęściej po prostu rozmyślam na tematy religijne wtedy), i wylane.

4. TERROR OBYCZAJOWY.

Dla moich starszych nie ma praktycznie czegoś takiego, że nie będziemy w pełnym gronie na takiej modlitwie. O ile ojczulek ogranicza swoje działania do darcia mordy przez cały dom (wykrzykuje moje i siostry imię niezliczoną ilość razy, aż się nie zjawimy w pokoju, woła także matkę, gdy ta się np. myje albo pracuje i jej nie ma na dole; wspominałam już kiedyś o tym, jak to mnie wkurwia mojego ojca głos? chyba tak), aby, nie daj Boże, nikt nie zapomniał o tej niezbędnej konieczności pomodlenia się wspólnie, to matka jest w tych sprawach szczególnie [nad]gorliwa. Moją siostrę, zmęczoną całodziennymi zajęciami (całe dnie praktycznie nie ma jej w domu, jest bardzo aktywna i mega towarzyska, w dodatku ma wiele obowiązków związanych ze swoimi pasjami i nauką) i odpoczywającą przez to w swoim zaciemnionym pokoju, potrafiła wyrwać ze snu, tylko po to, aby zwlekła się z tego łóżka na pół minuty, no bo przecież nie może opuścić tak ważnego (codziennego) wydarzenia, spać może wrócić w każdej chwili! (jakby to było takie proste XD). Dodam, że sama się irytuje, kiedy ktoś ją odciąga sprzed komputera, pracy czy sprzątania w takim samym celu. Ostatnio jednak przeszła samą siebie. Na dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego chciałam się iść spokojnie umyć, wyciszyć w wannie, umyć włosy i takie tam. Specjalnie puściłam wszystkich przede mną, żeby mieć potem nieograniczony czas dla siebie, matka zapewniła mnie, że moja siostra długo do domu jeszcze nie wróci, więc pewnie nie będziemy się modlić wspólnie, bo nie będą na nią tak czekać, więc mogę się spokojnie umyć. Ni chuja, po 15 minutach od mojego wkroczenia do łazienki zaczęła się do mnie dobijać, że moja siorka wróciła i żebym "kończyła to taplanie się w wodzie", bo musimy się przecież wspólnie pomodlić, potem mogę sobie wrócić do wanny (XDD). Oczywiście miałam na nią wywalone, bo dlaczego mam rezygnować z tego, co robię, dla czegoś, na co nie mam ochoty? Powiedziałam wyraźnie, żeby się pomodlili beze mnie, bo ja prędko nie wyjdę, nie zawracałam sobie głowy nią i jej narzekaniami. Potem wyszłam z łazienki (minęło chyba ze 20 minut) i co widzę? Wszyscy oczywiście czekają na mnie! Ale się wkurwiłam wtedy.

Tak samo to wygląda, gdy np. uczę się, słucham muzyki, leżę i odpoczywam, oglądam coś, ćwiczę grę na instrumencie lub rysowanie, czy cokolwiek innego robię. Już zdążę się wyciszyć, wczuć w wykonywane zajęcie, doznać komfortu... a wtedy ojciec rozdziera japę i już mi cały względnie dobry humor mija, bo oczywiście muszę wstać, zostaję odciągnięta od swoich spraw i to mnie wkurwia. W końcu się zdobywam na to i udaję się do świątyni, a tam? Wszyscy prowadzą ze sobą żywą dyskusję, śmieją się i dokazują. Wtedy wkurwiam się dwa razy bardziej, bo już się zwlekłam ze swojego miejsca pracy, to jednak chciałabym to wszystko szybko załatwić i mieć spokój, ale nie - po co się modlić, jak się już wszystkich zawołało?
Najlepiej przecież zacząć gadanie na wszelkie możliwe tematy, byleby tylko przeciągnąć dyskusję, muszę wręcz walić w ścianę, aby im delikatnie zasugerować, że jednak się pojawiłam i może moglibyśmy się streszczać. Potem wracam do pokoju i już nie jest tak super, jak było wcześniej, muszę na nowo się skupiać, odzyskiwać spokój i wygodę.

I jeszcze wkurwia mnie ta ogólna postawa, że "modlitwa załatwi wszystko", czyli matka ma przez cały dzień jakieś swoje humorki, wszystkich trzyma na dystans i się ich uczuciami bawi, a po modlitwie jakby udaje, że nic się nie stało, nic nie było. Tak samo inni - mogą wywołać awanturę pięć minut przed pomodleniem się, a potem grać rolę niewiniątka, zostawiając innych z poczuciem winy, bo przecież oni sami są tacy święci i zmówili paciorek, to już ich rozgrzesza.



To takie główne moje typy.










EEEEEh nie sądzę, że ktoś to przeczyta, no chyba, że komuś tu by się bardzo nudziło. Aczkolwiek piszę to raczej dla własnej satysfakcji i doprowadzona na skraj wytrzymałości przez okoliczności ostatnich dni, i po prostu musiałam to z siebie wreszcie wyrzucić. Koniec tego.


Wkurwia 24 ludzi
Rayuji 01:53, 08.09.2017
Przeczytałem i szczerze współczuję.
Shizzle 20:37, 08.09.2017
Przeczytałam i się wkurwiłam. Ale to takie pomieszane z bezsilnością, gorzkie wkurwienie. Na szczęście u mnie nie było takich zwyczajów. Ojciec zawsze rano pytał przed szkołą "czy zmówiłam paciorek", chociaż sam nigdy nie go odmawiał. Matka za to odmawiała codziennie ale klęcząc przy łóżku, prawie leżąc bo głowę miała w dłoniach...mam wrażenie, że wiele razy usypiała w ten sposób. Świrowali na punkcie chodzenia do kościoła...na szczęście mam dużo starszego rodzeństwa, które przetarło mi szlaki. Aczkolwiek i tak musiałam udawać, że chodzę do kościoła a tak naprawdę marznąć w zimie gdzieś, czasem nawet nie było gdzie usiąść i chodziłam bez sensu w te i z powrotem. Taka to wiara z przymusu...
voice of reason 09:24, 09.09.2017
Shizzle - to masakra jakaś i wręcz fanatyzm, gorzej niż u mnie... chociaż w młodości również był taki rygor i wypytywanki, jeśli chodzi o chodzenie do kościółka. Teraz chodzę tam tylko wtedy, kiedy naprawdę chce mi się wysłuchiwać, co ksiądz ma do powiedzenia na kazaniu (albo zwyczajnie chcę zażyć trochę rozrywki i się z tego pośmiać, to jest w zasadzie standard), albo kiedy muszę, bo jest jakieś święto i idziemy całą rodziną (choć z tego coraz częściej udaje mi się wywijać, chyba, że chodzi o np. Boże Narodzenie czy Wielki Tydzień). Opracowałam taką metodę i zazwyczaj ją stosuję, polega ona na tym, że po prostu mówię, że wybieram na wieczór, potem faktycznie wychodzę, ale sobie spaceruję albo jeżdżę tramwajami bez celu (na szczęście mam bezpłatną kartę miejską), idę do sklepu itp. Ewentualnie kłamię, że poszłam, kiedy oni też byli w kościele (chodzą na 11, wyjeżdżają przed 10 i wracają po 12). Na wypadek niewygodnych pytań czytam sobie wcześniej Ewangelię, czytania i przykłady kazań, a następnie improwizuję. Nie powiem, męczy mnie to już trochę, ale co robić... nie mogę się doczekać, kiedy będę mieszkać sama.
Miknow 12:33, 10.09.2017
Religia to najgorsze ścierwo jakie kiedykolwiek powstało.
#10835 - nieznośny hałas dodał: voice of reason 09:18, 29.06.2017
Wkurwia mnie, że moje osiedle jest rozbudowywane i centralnie pod moim oknem buduje się kolejny blok. Dodatkowo sąsiad z dołu się wprowadza i przez kolejne dwa miesiące po budynku będą się roznosić uciążliwe dźwięki wiercenia i stukania - jak nie z zewnątrz, to z wewnątrz (zabawne jest to, że somsiad mieszka na II piętrze, a ja na IV). Czuję się, jakby mi borowano w mózgu i nie idzie się od tego uwolnić - robią to całe dnie praktycznie bez przerwy i nawet zamknięte okno nie pomaga. Przez to coraz częściej boli mnie głowa i chyba znowu będę się musiała faszerować lekami. Kurva.
Wkurwia 13 ludzi
#10824 - Ojciec. dodał: voice of reason 08:45, 28.06.2017
Wkurwia mnie mój wścibski ojciec. Zawsze musi wszystko wiedzieć - i oczywiście wszystko skomentować w swoim irytującym, głupkowatym stylu. Pobieżnie przedstawię o co mi chodzi.

Od kiedy zaczął pracować w domu, jego życie ogranicza się do cyklicznych wycieczek z gabinetu na górze do dolnej części mieszkania. Złazi i już na schodach wypala to swoje słynne "co robiicie?". Kurwa, jak tylko słyszę jego głos, to już dostaję pierdolca.

Kiedy moja matka przyjdzie do mnie do pokoju i zaczynamy sobie rozmawiać, momentalnie zjawia się również i on i wciska się w rozmowę, podsłuchując i pytając, o czym to sobie tak gaworzymy. Mój pokój momentalnie zamienia się w miejsce spotkań pokroju małej kawiarenki, bo zlatuje się cała rodzinka - co mnie niemiłosiernie wkurwia.

Do niedawna za każdym razem, kiedy widział mnie robiącą lub pijącą kawę, pytał się, z udawanym zdziwieniem, że jak to - ja piję kawę? Od kiedy? Teraz już przystopował i tylko za każdym razem, kiedy wchodzę do kuchni i gotuję wodę, jakimś dziwnym trafem on już w tej kuchni jest albo schodzi na dół w ważnej sprawie. Zupełnie przypadkowo.

Kiedy rano mnie zobaczy, zawsze wyrazi zdziwienie co do mojego ubioru (o, to ty masz taką bluzkę? od kiedy? nic nie pamiętam) albo nieudolnie prawi mi jakieś z dupy komplementy pokroju "pięknie mi córka wyrosła".

Dodatkowo zachowuje się obrzydliwie, a potem jest wielce zdziwiony, że odwracam wzrok albo się "izoluję" u siebie w pokoju. Ja już nie mogę z nim wytrzymać. Staram się go unikać jak tylko mogę, a świadomość, że spędzę z nimi jeszcze jakieś 6 lat conajmniej, mnie dobija.
Wkurwia 13 ludzi
zxcvbnmasdqwe 19:09, 28.06.2017
Jakie kurwa 6 lat? To ile ty masz lat, dziecko?
voice of reason 09:20, 29.06.2017
17, proszę pana;)
#10538 - chujowy wzrok dodał: voice of reason 22:06, 17.04.2017
wkurwia mnie moja wnerwiająca krótkowzroczność i wieczne problemy z nią związane. I chyba najbardziej mnie wkurwia to, że mam ją wrodzoną (bo oboje, kurwa, rodzice noszą brylce i przez to przekazali mi chujowe geny), a w przeciwnym razie istniałby jeszcze cień szansy na wyleczenie owej wady, a teraz dupa blada.

kiedy ją zdiagnozowano u mnie, byłam w trzeciej klasie podstawówki. Jakoś na wiosnę, prawdopodobnie około maja, bo jechałam na zieloną szkołę wtedy. Dokładnie to pamiętam, że rodzice zabrali mnie do okulisty, bo nie potrafiłam odczytać godziny na zegarze zawieszonym na ścianie. No i wyszło - krótkowzroczność, wtedy wada, jeśli dobrze pamiętam, -0.75 dioptrii na jednym i -1 na drugim oku (choć potem się to nieco pogorszyło, bo w pierwszej klasie gimnazjum musiałam zmieniać okulary). Jedyny chyba plus, że nie jakaś strasznie ogromna wada i nie musiałam chodzić w denkach i to koniecznie, jak to niektórzy mają po 4.5, 5, a nawet kiedyś ktoś pisał o 7 dioptriach, choć nie wiem, czy to akurat nie jakaś ściema.

I zupełnie nie wiem dlaczego, ale okropnie się cieszyłam na te okulary. Wręcz przypominam sobie taką scenę, kiedy przyszłam z mamą do okulisty, czekałyśmy na moją kolej i chodziłam sobie po ośrodku, MODLĄC SIĘ (XDDDDDDDDDD) o to, żebym miała wadę i dostała okulary. No kurwa jaki debil ze mnie sadfrog.exe no debil no. A wcześniej, na kilka miesięcy przed tym incydentem z zegarem, pamiętam przyszłam do rodziców i powiedziałam, że jak super mieć sokoli wzrok, bo przynajmniej nie muszę nosić okularów jak oni no śmiech przez łzy, przysięgam.

Więc przez całą podstawówkę nie miałam absolutnie żadnego problemu z tym, że muszę nosić okulary, wręcz się cieszyłam z tego jak głupi dzieciak, co to wyjątkowy jest.

W gimnazjum za to się wkurwiłam i od tamtego czasu mam awersję do okularów, no ale to taką totalną awersję. Wszystko przez debilnych ludzi (a raczej trzeźwo patrzących na świat), którzy zaczęli mnie wyśmiewać praktycznie za wszystko, za to, że istniałam. Byłam pośmiewiskiem całej szkoły (nawet nauczyciele mnie nie lubili, ale na to to akurat miałam wyjebkę) ze względu na moją osobowość, wygląd (tuszę - ze 4 nadprogramowe kilogramy i ogólnie facjatę + styl ubierania związany z muzyką i okresem buntu, który de facto wybuchł też trochę przez nich, na spółkę z rodziną), zachowanie (co bym nie zrobiła; najpierw chciałam się jakoś zgrać z klasą, ale nie wyszło - i dobrze, nie mój typ człowieka - a potem nawet, jak siedziałam sobie cicho sama i chciałam mieć spokój - taka już jestem - to i tak mieli wąty do mnie), zainteresowania, no wszystko ogólnie. W sumie sama siebie wkurwiam, więc dobrze ich rozumiem. W ogóle szczęście wielkie, że nigdy nie miałam trądziku, żadnych problemów z cerą, to mnie chyba uratowało od ostatniego pogrążenia się w rozpaczy. No kurwa skóra jak u niemowlaczka. No, ale odbiegłam trochę od tematu. "oksy". Były częścią mojego ubioru. Cóż, kiedy przyszło mi je zmienić, bo pogorszył mi się wzrok, to chyba było w I klasie właśnie. Byłam u optyka, bo chciałam coś urozmaicić, zmienić oprawki. No ale byłam (i jestem) taka brzydka, że we wszystkich wyglądałam jak rozlazły mały kurw z rozjebaną twarzą, stałam w tym salonie wtedy chyba z pół godziny i przymierzałam, aż się w końcu matka wkurwiła i wzięłyśmy pierwsze lepsze, w których nie wyglądałam jak skończony debil (tak naprawdę to wyglądałam, ale byłam już tak zdesperowana i wręcz bliska płaczu, że zgodziłam się, myśląc, że jakoś to przeboleję. A i tak w chuj drogie były no i kurwa na co to się zdało.).

W szkole oczywiście jak mnie w nich zobaczyli, to pewnie myśleli, że ze śmiechu zejdą. No i też dało się odczuć wyraźnie, jakie mają do tego zdanie. + sama się w nich strasznie nie lubiłam, więc krok po kroczku się pogrążałam, aż w końcu postanowiłam dokonać czegoś przełomowego i... zdjęłam te mendy z oczu. No co za chujstwo! Pomaga, ale czujesz się chujowo. Zdejmujesz i jest z jednej strony lepiej, ale z drugiej znowu chujowo. No ale udało się, widziałam względnie dobrze, nawet przez jakiś czas miałam wrażenie, jakby wzrok mi się nawet lekko polepszył bez tych szkieł ograniczających. Na lekcjach wystarczało słuchać nauczyciela albo więcej się pouczyć w domu (czego tak czy siak bym nie robiła xD żałość i żeżuncja), a nawet z tablicy widziałam, więc problemu wielkiego z tym nie było. Rodzice na początku trochę narzekali (i w sumie dalej czasem to robią), ale ja miałam dość i trzymałam twardo przy swoim, aż w końcu się uciszyli, widząc, że nie wpierdalam się w słupy na prostej drodze i potrafię rozpoznać ich twarze czy przeczytać napis na bilbordzie, a dioptrie jakoś bardzo nie leciały chyba, bo odczułabym to, jak wtedy po podstawówce. Obstawałam kurczowo przy swoim zdaniu - nie i koniec, bo wyglądam okropnie i jeszcze gorzej się czuję (tego im oczywiście nie mówiłam). No i w drugiej klasie udało mi się zejść 15 kilo w dół (czego oczywiście matka nie doceniła i """"""""troszkę"""""""" się porobiło, ale to materiał na osobny post, ale będzie wylewanie żaluw mmmmmmmmmmmmmmmm), więc wyglądałam o wiele lepiej (nawet w tych chujowych brylcach, bo szczupła twarz zawsze lepiej w nich wygląda niż pucołowata morda, no kurwix XDDD), a i klasa się ode mnie odczepiła - szkoła cała też, bo w większości mnie nie poznawali XDDDDDD [może] to i lepiej.

No ale żeby się zbyt pozytywnie nie zrobiło, to w tym roku szkolnym znowu jestem gruba, a na dodatek coraz częściej jestem zmuszona do zakładania tego guwan na ryhj, bo nie widzę z tablicy [a siedzę przeważnie w pierwszych ławkach i okolicach :)))))))))))))))))))))] i ogólnie np. jak oglądam film, to muszę je mieć, bo napisy mi się zlewają, a postacie rozmazują [ale to akurat przeboleję, chociaż i tak oglądam filmy w okularach] :)) i ogólnie takie gówienka, małe, ale stopniowo zauważam coraz boleśniej (dosłownie, bo co jakiś czas od tych zmian oksy-bezoksy boli mnie głowa, na przykład dziś), przy kompie też siedzę na zmianę w okularach i bez, bo mnie wkurwia oddziaływanie ekranu. I też np. przeprowadzam już od dawna taki ""fajny"" (ale przynajmniej przydatny) eksperyment - mam na ścianie w pokoju plakaty i co jakiś czas sprawdzam, czy tak samo trudno jest mi przeczytać napis bez okularów... i jest nieco gorzej ^^... już nie wspomnę o plakacie Bowiego, dużym w antyramie, gdzie jest David na tle gazety, z której wyrazy w moich binoklach no kurwa jak złoto czytam, a jak je zdejmę, to wyglądają jak szare paseczki xDDDDDDDDDDDD no jaki Bowie śmieszek

ale w ogóle punkt kulminacyjny nastąpił z rozpoczęciem tegorocznego Triduum Paschalnego. Od dawna w kościułku żem nie była, ale jak się wkurwiałam jak musiałam mrużyć cały czas oczy jak stereotypowy kurwa Chinczyk wyglądając, żeby cokolwiek rozczytać stamtąd, to głowa mała

i aż o tym matce wspomniałam, a dziś to nawet przy mrużeniu oczu nic za bardzo nie dawało, a ona: masz zacząć nosić okulary
a ja się wkurwiłam i mówię jej, że nie chcę, bo się w nich nie akceptuję
no to ona, że w takim razie zmienimy oprawki, a ja, że to nic nie da, bo okulary i ja to ciota i chuj
na to matula, że może soczewki (a nigdy mi nie pozwalała)
a ja, że no spoko, tylko nie chcę, żeby się za bardzo wykosztowała na coś, co i tak już mamy, tylko że ja jestem takim idiotą i nie potrafię się przemóc do tych kurwa g0gli

I wkurwiam sama siebie, bo od gimnazjum marzyłam jak głupia o soczewkach, ale

a) boję się, że starszych to będzie sporo kosztowało, bo zresztą cały czas widzę siebie jako taki odkurzacz pieniędzy i dlatego staram się jak najrzadziej prosić ich o dotację (już nawet mam stresa i smuteczek w środku, jak muszę poprosić o 10 złotych na zeszyty do matmy i kurwa polskiego albo podręczniki czy coś klasowego, a co dopiero s o c z e w k i k o n t a k t o w e oooo już widzę jak żyłka pęka z niezadowolenia ehhhhhHHHHHh)

b) mam taki lekki lęk przed zakładaniem soczewek i boję się, że jak mi pozwoli matka kupić jedne na spróbowanie, to spanikuję przed wkładaniem palucha do oka i znowu okażę się śmierdzoncym tchurzem


No kurwa reeeeeeee jaki debil ze mnie
i wkurw na Boga, wybacz mocne słowa, ale na cholerę żeś mi zsyłał wadę wzroku, no ja narzekam i czuję się jak się czuję, a co jeszcze mają powiedzieć ci ludzie, co muszą nosić grubsze szkła albo ci co ślepi są, najlepiej jeszcze od urodzenia

no i jeszcze mnie wkurwia, że wada wzroku daje takie ograniczenia
zawsze byłam mega odporna na wszelkie choroby typu katarek zapalenie płuc
ale kurwa co mi to da jak jestem krótkowzroczna no Jezu nigdy nie będę w pełni wolna no ja pierrrrr

















ehhh nie mam ochoty żyć i to nie tylko z tego powodu ale to ma w tym niezły udział kilkuprocentowy hekeghe

Wkurwia 13 ludzi
danielfaraday 08:19, 18.04.2017
Sam noszę okulary więc wiem jak to jest.Może szkła kontaktowe będą od nich lepsze?
Próbowałaś?
voice of reason 10:03, 18.04.2017
no właśnie zawsze chciałam ich spróbować, ale matka nie wyrażała zgody. Teraz powiedziała, żebym sobie wynalazła jakiegoś okulistę, to ze mną pójdzie po skierowanie na soczewki i będzie na spróbowanie, tylko się boję, że coś się jebnie i nie wyjdzie eH
danielfaraday 15:44, 18.04.2017
To ile Ty masz lat skoro nie możesz sama za siebie decydować?
Trzeba sprawę jasno postawić i to Ty będziesz w nich chodziła a nie Twoi rodzice.
voice of reason 19:44, 18.04.2017
no wtedy, jak mi nie pozwalali, to miałam z 14 lat, a potem przestałam nosić okulary i w sumie miałam wyjebkę na to. Teraz mam 17, no i pozwalają, tylko muszę iść do okulisty. I chcę też takie, żeby się zbytnio nie wykosztowali, ale w sumie jak tak patrzyłam po cenach, to nie jest jakoś mega drogo za kilka par soczewek miesięcznych. A i od września już kończę ze szkołą muzyczną, która jest płatna, więc będzie trochę więcej pienioszków może. Tylko muszę sama się przemóc i nie myśleć o tym, że wtykam palucha do oka
danielfaraday 08:19, 19.04.2017
Napisałem Ci o soczewkach ale sam bym nie dał ich sobie założyć. :)
Zbyt się boję, tak samo jak kropli do oczu.
voice of reason 19:20, 29.08.2017
W ogóle sukces teraz, bo poszłam wreszcie do tego okulisty z matką, wypisali mi soczewki (w ciągu paru dni przyjdzie paczka) i mam teraz nowe oprawki, nie tak bardzo rzucające się w oczy, bo dół to samo szkło (wyglądam w nich jak stara babcia, no ale już pierdolę to, noszę tylko po domu i nie zawsze; też nadzieja w tym, że coś tam chudnę i może twarz przestanie być tak pucołowata w końcu). Martwi mnie tylko to, że mam ponoć wrażliwe oko i będę musiała nosić jednodniówki zamiast miesięcznych, bo są miękksze, ale na to akurat nie szkoda mi wywalać kasy. Pierwsze opakowanie fundują mi rodzice, potem będę dawać z oszczędności, a następnie pewnie zacznę pracę. Kurwa 200 złotych miesięcznie na oczy, no ale to chyba taka kara Boska jest, nawet mi się należy, nie powiem, że nie. Udaje mi się też pokonywać mój odwieczny lęk związany z dotykaniem się w okolicach oczu, ale mówię sobie, że to nic takiego, że przecież dotykam soczewki, a nie stricte oka i jakoś to idzie, nawet coraz rzadziej mrugam przy aplikowaniu i zdejmowaniu. Tak strasznie się cieszę i jednocześnie smucę, no ale tak widocznie ma być.
Hejt na, kurwa, ludzi, którzy są tak, kuźwa, głupi i nieśmieszni, że aż czasem nie da się od razu wyłapać, czy to, co mówią, to żart lub ironia, czy są po prostu tak bardzo tępi. Najczęściej okazuje się, że ta druga opcja jest prawdziwa w ich przypadku. No ja pierdzielę.
Wkurwia 10 ludzi
#10419 - wszystko płynie dodał: voice of reason 06:08, 08.03.2017
Boże, jak mnie wkurwiają soczyste, pełne lepiącego soku owoce.
Biorę sobie jabłko albo jakąś pomarańczę z nadzieją na smaczny i przyjemny posiłek. Siadam, wgryzam się... i kończę ujebana sokiem wszędzie. Kurwa, nie da się normalnie zjeść owocu, bo sok leci ze wszystkich jego stron, wylewa się na rękę i jak pojebany zlatuje niżej, do rękawa, aż cała ręka zaczyna się kleić. Na twarz też nie poskąpi. Zwykła chusteczka nie wystarczy, żeby to zatrzymać, trzeba się jebać z papierem toaletowym i zużyć pół rolki, żeby trochę to osuszyć.

Uwielbiam was, owoce, ale wkurwiacie mnie i ch wam w d.
Wkurwia 14 ludzi
#10370 - grupowe jedzenie dodał: voice of reason 07:09, 23.02.2017
Wkurwia mnie niepomiernie, że matka wścieka się na mnie, kiedy jem w swoim pokoju zamiast w kuchni. Kurwa, nienawidzę jeść przy ludziach, czuję się wtedy okropnie nieswojo i chciałabym chociaż przy śniadaniu mieć możliwość spokojnego spożycia posiłku, ale nie! Muszę jeść przy stole w kuchni, najlepiej jeszcze przy wszystkich, a przynajmniej przy niej. Bo jej smutno, że się zmywam do siebie i chciałaby widzieć mnie cały czas, i jeszcze najlepiej gapić mi się w talerz (jakby przy obiedzie i kolacji nie wystarczyło, że siedzę i gadam z nimi). Grupowe jedzenie to coś, czego wprost nie nawidzę... już pół biedy, jak jest jedna osoba przy mnie, a co dopiero cała rodzina. Wtedy mam wkurw kosmiczny wręcz, bo muszę tam siedzieć, nie mogę jeść w swoim tempie, bo zaraz ktoś się przyjebie i zacznie się gapić na mnie, staram się zjeść jak najszybciej, żeby się wyrwać sprzed tego stołu, bo nie mogę wytrzymać głośnej paplaniny i sposobu, w jaki <niektórzy> żrą.

Skończyło się na tym, że rano muszę przemykać się do kuchni, żeby sobie wziąć coś do jedzenia, wszystko tam robię w pośpiechu i w stresie, nasłuchując, czy przypadkiem matka nie kroczy z góry. Bo jak widzi, że idę z jedzeniem do pokoju, to zaczyna swoje przedstawienie "to niekulturalne, je się przy stole, a nie w pokoju, ja chcę z tobą posiedzieć itp." i stara się we mnie wzbudzić poczucie winy.

I to mnie wkurwia.
Wkurwia 16 ludzi
ALittleBadMotherfucker88 08:00, 23.02.2017
Wkurw w dziesiątkę.Miałem o tym napisać ale zostałem wyprzedzony.Ja nie lubię jeść przy innych bo jak chcę zjeść to muszę się skupić tylko na posiłku,nie na wiadomościach itp.i chuj mnie obchodzi co komu w nocy sie śniło itp. bo takie tematy są poruszane u mnie.....
voice of reason 17:16, 23.02.2017
dokładnie, mam tak samo. Jak skupiam się na rozmowie i przerywam sobie gadaniem jedzenie, to nie najem się tak samo, jak podczas jedzenia w ciszy... u mnie w domu stół (szczególnie w czasie obiadu) jest miejscem spotkań. Jak przychodzę po szkole do domu i siadam do obiadu, to matka się przysiada i zaczyna lawinę pytań typu: jak było w szkole?, a jeszcze jak wracam ze szkoły muzycznej, to pyta się, co nauczycielka mówiła o mojej grze i co się działo. Jakby nie mogła paru minut poczekać, aż skończę. A jak jej przypomnę, że przy jedzeniu się nie gada i że jak zjem, to jej odpowiem, to milknie obrażona i odchodzi do siebie.
Przy kolacji zawsze leci telewizor, ale tutaj to sobie już wypracowałam taktykę: jeść chwilę przed wiadomościami (do tego czasu rodzice są na górze i pracują) albo przyjść, jak wszyscy będą siedzieć wgapieni w ekran, po cichu (bo przecież podczas wiadomości się nie rozmawia!!! co innego w czasie festiwalu żarcia)
zxcvbnmasdqwe 19:47, 23.02.2017
A mnie wkurwia samo mówienie przy jedzeniu. Ludziom sypia się okruchy z ust albo niektórzy układają buzie w ciup i maja wtedy wkurwiajacy akcent i brzmią jakby zjedli wszystkie rozumy.
wkurwia mnie to, że praktycznie zawsze, gdy idę z kuchni do pokoju z jakimś piciem w kubku (herbata, kawa), to ręka mi zadrży i wyleję trochę na podłogę, a potem, idąc, będzie wciąż kapało. No kurwa, muszę specjalnie łazić tiptopkami i skupiać całą swoją uwagę na trzymaniu kubka idealnie prosto, bo inaczej pojawia się fala tsunami.

chyba zacznę nosić czajnik do pokoju, do kurwy nędzy
Wkurwia 20 ludzi
zxcvbnmasdqwe 08:27, 17.02.2017
Ciekawy wkurw
ALittleBadMotherfucker88 09:26, 17.02.2017
Haha mam to samo :D.Kurwa idę z kuchni przez korytarz jest wszystko git ręka nieruchomo praktycznie a kurwa jestem parę metrów od biurka i pół zawartości kubka idzie się jebać...
WerterPC 10:47, 18.02.2017
O kurde, wkurw po prostu trafiony w dziesiątkę! Dokładnie, niby drobna rzecz, ale niesłychanie irytuje! Też, zawsze wezmę kubek herbaty i idąc do pokoju oczywiście rozleję trochę. Mam wtedy ochotę całym tym kubkiem pierdolnąć o ścianę, chociaż o dziwo zawsze się powstrzymam.
PrawaStronaMedalu 12:56, 19.02.2017
Ja mam tak tylko, gdy niosę zupę w talerzu (ale to coraz rzadziej, bo noszę przeważnie w miseczce).